Strona:Stefan Barszczewski - Czandu.djvu/269

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W dole pierzchały w panicznym strachu gromady żołnierstwa, rozpryskując się na wszystkie strony, gdy padał śród nich pocisk z samolotu europejskiego.
Walka była skończona.
Fala mongolska, pozbawiona hipnotyzującego wpływu Bełtysa, niedoszłego zdobywcy świata, cofała się ku granicom Azji, rozbita na pojedyńcze strumienie, topniejące przerażająco pod strzałami i bombami ścigających ją bez wytchnienia powietrznych flot Europy sfederowanej.

*

Miasto-olbrzym szalało.
Radjotelefony publiczne zwiastowały tubalnym głosem zupełny pogrom Azjatów.
Wiadomości te, nadesłane przez lotników, przejmowały grozą, grozę jednak tłumiło zupełnie uczucie ogromnej radości i ulgi.
Troska opadła, jak stary łachman, i ci, co jeszcze wczoraj obmyślali sposoby ugłaskania strasznego wroga, dzisiaj pysznili się najwięcej zwycięstwem i gardłowali za zupełnem wytępieniem tych Azjatów, mieszkańców Europy, których internowano w obozach koncentracyjnych.
Tchórze nienawidzą najbardziej.
Na szczęście, agitacja ta nie znalazła wdzięcznego echa, zato, gdy jeden z dzienników zaproponował, aby urządzić eskadrom amerykańskim owa-