Strona:Stefan Barszczewski - Czandu.djvu/268

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


widoki, taka sama zagłada wszelkiego życia. Zdawało się, że nawet powietrze tam zamarło.
Co za okrutne zwycięstwo!
W przeciągu dwunastu godzin miljony ludzi przestały istnieć.
Obronną ręką wyszły z tego kataklizmu tylko niektóre części floty powietrznej Azjatów, unosząc się podczas bombardowania wysoko w przestworzu. I one to, słysząc świst nadlatujących pocisków i spostrzegłszy przez lornety, co się dzieje tam w dole, rozniosły na Wschód wieść o klęsce.
Struchlały wojska azjatyckie, oczekujące w głębi Rosji na wszechpotężne słowo nowoczesnego Czingisa, aby zkolei runąć na Zachód.
Ale słowa tego nie było...
Wreszcie nadleciało kilka statków powietrznych z eskadry, która unosiła się nad czołowemi oddziałami armji mongolskiej, przynosząc wiadomość o strasznej śmierci Bełtysa i jego orszaku.
Rozprzęgło się wszystko!
„A widząc Filistynowie, że umarł ich najmocniejszy, uciekli“.
Gdy więc w kilkanaście godzin po zniszczeniu frontu azjatyckiego cała europejska flota powietrzna poszybowała na Wschód, to gdzie niegdzie już tylko jakaś odosobniona eskadra azjatycka dotrzymywała jej placu, walcząc do ostatka, jakby dla ocalenia jeszcze honoru sztandaru, a może nie chcąc unikać przeznaczenia, które kazało jej zginąć.