Strona:Stefan Barszczewski - Czandu.djvu/267

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bici przez gaz trujący mogli upaść na ziemię. Stało więc to wszystko zwartą masą, okropne, sine i pęczniejące w upalnem powietrzu, tamując zupełnie przejścia.
Na ulicach dalszych szukano snadź ratunku w ucieczce, bo tu samochody i wozy pędzące poprzejeżdżały mnóstwo ludzi, zanim same, straciwszy woźniców, nie poprzewracały się lub potrzaskały o ściany domów.
Poznać też było można, że niektóre samochody-samoloty wzbiły się już w powietrze, ale spadły, gdy śmiertelne tchnienie poraziło ich pilotów, miażdżąc gromady zbiegów.
Na krańcach miasta potworzyły się w bramach domów prawdziwe barykady z ciał ludzi, którzy, pochwyciwszy najcenniejsze ruchomości, usiłowali z węzełkami w rękach wydostać się w pole, padali jednak zabijani przez gazy rozpryskujących się już i tam pocisków, z wielu zaś okien zwieszały się, jak stare szmaty, nawpół wychylone postacie kobiet i mężczyzn, sądzących widocznie, że unikną na wyższych piętrach śmierci.
I unosiła się już nad całem miastem woń trupia śród tak ogromnej ciszy śmierci, że spoglądający ponuro na ten okropny widok członkowie kolumny sanitarnej podnieśli zdziwieni głowy, gdy uszu ich doleciał dźwięk zegara, wybijającego gdzieś spokojnie godzinę, jakby dla tego miasta nie nadeszła już godzina ostatnia!
Na całym terenie bombardowanym takie same