Strona:Stefan Barszczewski - Czandu.djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mał się mocno witeź złowrogi, skoro nie spojrzy nawet na sługi wierne i jedzie samotny; skoro ten ich orszak bajeczny powściąga konie, prące naprzód, milczy i spogląda trwożnie na białego rumaka, przestępującego lekko z nogi na nogę, depcącego w pląsach ziemię polską.
Zadumał się witeź złowrogi, bo serce jego ogarnął niepokój ciężki, niepokój dziwny właśnie w chwili, gdy pod naporem jego ludów pękł front sił sfederowanych, gdy otworem stanęła przed nim droga do wrót zachodniej Europy: miasta-olbrzyma — Warszawy.
Zatargał nim nagle i utkwił w duszy cierniem kolącym.
Niepokój dławiący, jakby przeczucie nieszczęścia właśnie w chwili triumfu, jakby widok czegoś potwornego, co się zbliża nieznane, a przez to straszne.
To też wąskie wargi Czingisa poruszają się modlitwą, czy też zaklęciem.
Nagle ściągnął cugle tak, że biały rumak wrył się kopytami w ziemię.
I zadarły się łby koni orszaku, ściągnięte gwałtownie cuglami.
Wódz nasłuchuje...
Słyszy duchem, przeczuwa nadciągające fatum.
Gdzieś zdaleka w tyle rozległ się jęk przeciągły.
Czingis wyprężył się na kulbace. Serce zakołatało mu żywo odczuciem spełniającego się przeznaczenia...