Strona:Stefan Barszczewski - Czandu.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przedłużyć rozmowę z Azjatami, aby zyskać na czasie.
Ale Znicz milczał.
Słowa Parkera trafiły w próżnię, bo i dr. Chwostek, zapatrzony gdzieś w przestrzeń, zdawał się ich nie słyszeć i powtórzył spokojnie:
— Nie ruszą...
Parker spoglądał osłupiały.
W tejże chwili zaskrzeczał dzwonek, błysnęło światło i w głębi czarnej ramy pudełkowej zjawił się znów okrutny obraz.
— Piętnaście minut minęło — mówił Azjata w europejskiem ubraniu, stojący wprost za Elą. — Czekamy odpowiedzi.
Znicz wyprężył się. Dławiło go wzruszenie. Wpił chciwie oczy w jedynaczkę, jakby pragnąc jeszcze wrazić sobie obraz jej w pamięć. A Ela spoglądała na niego błagalnie. Piersi jej podnosiły się i opadały szybko. Przechyliła się jeszcze bardziej ku ojcu.
Znicz nie mógł już dłużej wytrzymać tego widoku. Czuł, że słabnie, szybko więc, ale głosem pewnym i donośnym odparł:
— Nie!
Na twarzy przemawiającego Azjaty odmalowało się uczucie zawodu i wściekłości. Sekundę jeszcze czekał, poczem wyrzucił z gardła krótki rozkaz i dał znak ręką.
Mongoł, stojący po stronie Lecrane‘a, podniósł szablę do ciosu...