Strona:Stefan Barszczewski - Czandu.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


fonicznych, a zamówiwszy do mieszkania Zniczów naczelnika wydziału spraw wschodnich i jego pomocnika, wtajemniczonych w knowania Azjatów, jął badać posła o szczegóły zajść dnia tego.
Dr. Chwostek wszedł właśnie do gabinetu, Znicz więc powtórzył obu swe obawy.
— Sprawa — mówił — zakazu imigracji Azjatów będzie, jak wiecie, rozstrzygnięta już w dniach najbliższych przez parlament naszej federacji. Nie spuszczam jej z oczu i nalegam na pośpiech. Wiecie również, na jak liczne groźby narażany jestem z powodu ujawnienia działalności fanatycznego Związku palaczów opjum, która utwierdziła mnie w przekonaniu o olbrzymich planach zbrojnego najścia na Europę. Ostrzegałem przed niem i dawniej, przewidując, że musi nastąpić. Nie wierzono mi, a raczej nie chciano wierzyć. Masy ogarnęła beztroska. Pewne są, że i dalej tak być musi, choć burza nadciąga. Musiałem więc niemal sam jeden wziąć na swe barki tu, na tej odwiecznej rubieży dwóch odmiennych cywilizacyj, ciężar pracy wywiadowczej i uświadamiającej Zachód. A jeżeli teraz przypominam o tem, to dlatego, że porwanie córki mej i Lecrane‘a jest ściśle z akcją związane...
Przy tych słowach głos mu zadrżał, ale opanował się szybko i mówił dalej:
— Wizja tego Azjaty, którego nazwiska nawet nie znam...
— Nazywa się Ju — przerwał głuchym głosem