Strona:Stefan Żeromski - Wybór Nowel.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Lalewicz siedział już na progu. Gdyśmy podeszli, zerwał się strasznie szybko, czapkę z zielonym lampasem miętosił w garści i kłaniał się, trzaskając obcasami po oficersku. Jest to okrągły człowieczek, z tłustą twarzą, uśmiechający się zabawnie, jakby wszystkie zęby miał trzonowe.
— Lalewicz, kaczki będą? — zagadnął pan Alfred.
— Chmary, jaśnie panie, chmaaary!
— No, to jazda! Prowadź.
Zapaliliśmy papierosy, przełożyliśmy lankastrówki z lewych ramion na prawe — i jazda! Lalewicz maszerował przodem, ja na — ostatku. Mgły bielusieńkie kłębią się, kotłują na miejscu, przewalając się jak słupy dymu. Wierzchołki drzew i wikliny dają się widzieć z głębi nich, jak czarne plamy i giną znowu. Na rosie białej jak mleko, ciemno-zielonymi, prawie czarnymi pasami znaczą się ślady naszych butów.
— Piękności będzie dzień! — wypalił Lalewicz, pragnąc widocznie dla samej przyzwoitości coś mówić.
— Uhm! — mruknął pan Alfred.
Nagle Lalewicz stanął i nawet przykucnął.
— Ehe-hej! ptaszek! — wyszeptał, wpatrując się w ziemię. Na mokrej trawie znać było świeży, w kierunku lasu idący ślad wozu.
— Deski, jaśnie panie, deski z pod tartaku kradnie, — wyszeptał z przekonaniem i z pewnym aż zatkaniem w gardle.
— Chodźmy, a cichutko, — wyszeptaliśmy prawie jednocześnie i wkroczyliśmy w las za śladem.
Podkradłszy się pod porębę, Lalewicza wysłaliśmy na zwiady, sami zaś usiedliśmy w cieniu.
Wyszedł na polanę, między pniaki, jak lis, uśmiechnął się, nie przysiągłbym nawet, czy się nie oblizał — i kiwnął na nas palcem.
Podeszliśmy: w zaroślach leszczyny stał wóz z za-