Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya pierwsza.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
87
SIŁACZKA

tąd zaszedł, dlaczego nie wyrywa się z tego błota, czemu jest leniuchem, marzycielem, refleksyonistą, psowaczem własnych myśli, karykaturą wstrętną samego siebie?
I zaczęło się, podczas wpatrywania się w okno, nadzwyczajnie szczegółowe, pilne, bezlitośnie badawcze i subtelne oglądanie własnej bezsilności. Śnieg padał wielkimi piątkami, przesłaniając smutny krajobraz zimową mgłą i zmrokiem.
Chimeryczną a bezpłodną gonitwę myśli przerwały nagle wykrzykniki gospodyni, usiłującej przekonać kogoś, że doktora w domu niema. Doktór jednak wyszedł do kuchni, aby rozerwać pasmo męczących go myśli.
Ogromny chłop w żółtym kożuchu zmiótł «wściekłą czapką» pył z pod jego nóg w głębokim pokłonie, odgarnął pięścią włosy z czoła, wyprostował się i zamierzał rozpocząć oracyę.
— Czego? — zapytał doktór.
— A to, wielmożny doktorze, sołtys mię tu przysłał...
— Po co?
— A po wielmożnego doktora.
— Kto chory?
— Nauczycielka ta u nas we wsi zachorzała, sparło ją cosi. Przyszedł sołtys... jedźcie, pada, Ignacy, do Obrzydłówka po wielmożnego doktora, może, pada...
— Pojadę. Konie dobre?
— A konie ta, jak konie: śwarne gady.
Podobała się doktorowi myśl jazdy, zmęczenia się, choćby nawet niebezpieczeństwa. Wdział z nagłem