Przejdź do zawartości

Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya pierwsza.djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.
67
DOKTÓR PIOTR

do sieni, z hałasem otrzepując buty ze śniegu. W drzwiach pokoju stał doktór Piotr.
 — Co to? Ciebie, widzę, głowa boli! — zakrzyknął pan Dominik.
 — Ale gdzie tam! — odpowiedział syn z przymusem.
 — A cóżeś taki blady i skrzywiony!
 Młody człowiek miał w rzeczy samej minę niewesołą.
 Spojrzenie oczu jego dziwnie wyziębło i przyćmiło się smutkiem. Chodził z kąta, w kąt, nerwowo paląc papierosa.
 — Każę ja Jagnie podać barszcz, to ty mi zaraz nabierzesz rezonu. Bez barszczu, mówię ci, człowiek zawsze kiepsko się czuje.
 — Ja nie będę mógł jeść, a zresztą... mało mam czasu.
 — Mało masz czasu?
 — Tak, — powiedział doktór Piotr szorstko; — ja... widzi ojciec... ja muszę jechać. Trudna rada... muszę jechać dla objęcia tego miejsca w Hull.

 Pan Dominik nic nie rzekł. Nie zdejmując futra, ani czapki, usiadł na stoliku i zwiesił głowę. Nie zważał na to, co syn robi, — nic nie widział. Czuł tylko, że mu duszno, ciasno we własnych piersiach. Radby był wyjść na świeże powietrze, ochłonąć i zebrać myśli, ale nie mógł jakoś dźwignąć się z miejsca. Młody człowiek porządkował papiery i książki rachunkowe, rozrzucone na stole. Wziął w rękę niewielki, stary, zatłuszczony notes, obwiązany brudną tasiemką, i przewracał w nim kartkę za kartką.