Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya pierwsza.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ciku mrocznym szybko się ubrał. Włożył palto, nastawił barankowy kołnierz, wcisnął czapkę na oczy i uszy, założył okulary, ubrał się w kalosze i ruszył w świat kolosalnymi krokami.
Dzierza wrócił do mieszkania, ochłonął ze strachu i począł cieszyć się w duchu z niedoli bliźniego. Wkrótce ozwała się muzyka i ktoś z korytarza zastukał do pokoju.
— Panowie gotowi? — spytała panna Zofia, gdy Zgryzota we drzwiach stanął.
— Ja tylko jestem gotów, gdyż kolega mój właśnie... zasłabł... Ból głowy...
— Ach, dzieciństwo!... Panie Łaskawicz... — zawołała głośniej, — nasz pierwszy kontredans...
Dzierzyniecki upewnił ją, że tamtego niema i, wstydząc się mocno, jakby to jego samego spotkała przygoda, wszedł do sali balowej. Wkrótce rozpoczęto tańce i dla zatarcia złego początku — hulano, co się zowie. Wesołość nastrojona w pierwszej chwili wieczoru tak górnie — poprostu kipiała. Mężczyzn było nie wielu, to też Dzierzyniecki stańczył się na zabój. Kiedy wrócił do siebie około godziny piątej nad ranem, zdawało mu się, że ma piszczele do kolan upiłowane. Ledwo zdołał rozebrać się i dowlec ziemską powłokę do łóżka... Przez chwilę marzył, że tańczy, widział piękne twarze, oczy, ramiona, szepnął do kogoś czuły wyraz i usnął, jak pień wierzbowy. Wśród twardego snu poczęła go naraz męczyć ciężka zmora. Nie był w stanie otworzyć oczu, unieść głowy, a czuł, że dzieje się dokoła niego, jakaś scena awanturnicza. Przez sen, na pół przytomny, z zamkniętemi oczyma, wołał: