Strona:Stanisław Przybyszewski - Z gleby kujawskiej.djvu/105

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Widzę ją: stoi; oprzytomniała — rozszerzyła ramiona, położyła je na ścianie tak, że wyglądała, jakby była na krzyż przybita i z szyderczym, dzikim śmiechem krzyczała: Zabij mnie! Masz mnie tu! Jestem bezbronna! Zabij! Uduś!
    Oszalałem; chwyciłem ją, szarpałem, owinąłem jej włosy naokoło ręki, wlokłem ją poprzez atelier, aż nagle, nie wiedząc co robię, kopnąłem ją gdyby tłumok łachmanów w kąt.
    I tam z tego kąta wżarło się we mnie z szeroko rozwartych oczu, dyszących bólem, zemstą, nienawiścią, spojrzenie — spojrzenie...
    Hu! Takiem spojrzeniem patrzał Lucyfer na Archanioła, co go do piekła strącał.
    I pomściła się, pomściła. Sam byłem świadkiem, jak go pożądała w mej obecności. Jam to widział, ja — a samiec we mnie zbyt tchórzliwy, by to zrobić, co głupi bocian zrobił.
    I mści się jeszcze.
    Wciąż jeszcze widzę purpurowe słońce na zakrwawiającem się niebie — i wciąż widzę jej straszne, zemstą, pogardą, szyderstwem ziejące oczy.
    Stoi za mojem krzesłem, przechyla się nademną, szydzi i śmieje się ze mnie, chodzi naokół jak upior cichymi, powłóczystymi, niesłyszalnymi krokami. Słyszę ją na wschodach, za sobą, w drzwiach na podwórzu. Słyszę jej głos — zawsze, zawsze jest naokoło mnie.
    A gdy się obrócę widzę ciemne jamy jej oczu i patrzę w czarne piekło jej nienawiści i pragnienia zemsty.