Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Późną nocą zrywam się z łóżka, obudzony okrzykami: „tau — tau!”, — lew, lew! Taki sam rozgardjasz, jak zeszłej nocy. Cały namiot trzęsie się nademną, gdyż koń przywiązany obok mego namiotu rwie się i szarpie. Tym razem czuję, że sprawa poważna i że lew w pobliżu. Szukam lampki, zniknęła jak kamfora, rewolwer też się gdzieś zapodział. Obóz cały jak oszalały. Wyraźnie na kilka kroków od mego namiotu słyszę pomruk lwa.
Przyznać muszę, że mimo, iż nie jestem zbytnim tchórzem, zimno mi się zrobiło. Namiot z jednej strony otwarty, ciemności zupełne, a najgorsze, że niewiadomo, z jakiemi zamiarami nasz nocny gość przybywa. Głosy murzyńskie dochodzą mnie już z wysoka. Biedne konie oszalały. Oby tylko się nie urwały, bo za najmniejszem oddaleniem się od obozu padłyby pastwą lwów. Nareszcie udaje mi się znaleźć lampkę, chwytam za strzelbę i wybiegam przed namiot. Słyszę spokojny głos Blake’a, który mnie prosi, bym się nie ruszał, gdyż lwy przywarły o kilka kroków w trawach, sądzi że są rozbestwione i napewno głodne. Sam przybliża się, do mnie. Ma w ręku strzelbę a na czole specjalną lampę elektryczną, podobną do używanej przez dentystów. Doskonale nadaje się takie światło do strzelania po nocy. Krótka narada przed namiotem. Lwy są ciągle bardzo blisko. Nie słyszymy ich, ale biedne zwierzęta ciągle warjują, a murzyni co chwila z drzew sygnalizują przeraźliwemi krzykami, że zwierz jest blisko. Sytuacja robi się napięta, Blake zaczyna się niecierpliwić. Świecąc ciągle lampą, z gotową strzelbą do strzału, wypatruje możliwości strzału, lecz trawy za wysokie. Lwy, a były ich dwie sztuki (pewno te same, co wczoraj), ciągle krążą na około obozu. Odczu-