Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


się zaczyna robić i wnet szybko zapada tropikalna noc. Zapalamy latarnie, wracamy na zasłużony spoczynek, licząc na spokojną i dobrą noc po wczorajszej djabelnej jeździe i po lwich przygodach, któreśmy ubiegłej nocy przeżywali. Nadzieja ta okazała się zawodną.
Zdala już widzimy ognie naszego obozowiska.Ciemne cienie kręcą się dokoła ogniska i gdy płomień jaśniej się wzbije, widać w jego blasku niesamowite lśnienia murzyńskich ciał. Stół ślicznie nakryty, biały obrus, kwiatki w wazonie: Znać w tem rękę kobiecą. Dziwnie uderza to połączenie wygody z pierwotnością dżungli. Po chininie i whisky, zupa z zabitego wildebest’a, łosoś z puszki, moc jarzyn i kompot oto menu naszej kolacji. Z zimną krwią wyławiam z zupy różne insekta, ćmy i inne stwory, które zdziwnem zamiłowaniem zawsze do talerza wpadają. A że w tem słońcu i klimacie wszystko jest dwakroć większe niż w Europie, więc taką niewinną ćmę można raczej za wróbla niż za motyla uważać. Mimo to zajadamy z apetytem. Butelką Extra Dry zakraplamy dzienne emocje i mojego wildebest’a. Poczem idziemy sprawdzić, czy zwierzęta bezpieczne w kraalach, i czy wszystko w porządku. Krowy, woły i osły już w zagrodach, konie zaś przywiązane do drzew przy naszych namiotach. Ognie wszędzie się, palą, murzyni wyciągają swe maty i obóz cały przygotowuje się do zasłużonego spoczynku. My też powoli zdążamy do naszych namiotów. Nauczony doświadczeniem ubiegłej nocy, kładę kolta i latarkę elektryczną pod poduszką, strzelbę nabitą przy łóżku i będąc pewny, że strzały i hałas panujący w obozie naszych nieproszonych gości trzyma w respekcie — słodko zasypiam.