Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


rzy odjechawszy kilkaset metrów, przez szkła obserwowali moje pierwsze myśliwskie kroki na Czarnym Lądzie.
Mauzerek nie zawiódł. Piękny stary byk o potężnych rogach leżał z kulą w komorze. Radość nie do opisania. Rogi wspaniałe, bardzo podobne do bawolich, tylko znacznie cieńsze i mniejsze. Fotografuję byka na wszystkie strony, dwu murzynów zostaje, by ściągnąć skórę i rozebrać mięso, a my nie tracąc czasu wyruszamy dalej. Kilka minut potem prawie z pod auta zrywa się mała antylopka oribi (Oreotragus saltatrix). W szalonych skokach mknie w step. W pędzie zeskakuję z wozu i za uciekającą posyłam dwie kule, już na bardzo wielki dystans. Oba pudła, choć widzę wyraźnie uderzenia kuli, i to blisko niej. Śliczna to antylopa, mniejsza od naszego rogacza, lecz znacznie prędsza i zwinniejsza, ma grzbiet czerwony i całe podbrzusze śnieżno białe, śliczne rożki, ostre jak igły, dochodząc do 12 cm długości, koza rogów nie posiada. Zwierzątko to zwykle parkami się trzyma. Ciekawa jest ich ruchliwość; prawie nigdy nie widziałem oribi w spokoju, nawet nie płoszone, spokojnie się pasąc, od czasu do czasu wyprawiają przeróżne skoki i harce, ale raz spłoszone, zwykle uciekają w wielkich lansadach, często zgrabnie przeskakując jedno przez drugie i nie zatrzymując się wcale, — co zwykle czynią inne antylopy, — giną gdzieś daleko na horyzoncie. Zdaleka spostrzegamy stado antylop roan, niestety dostały nasz wiatr. Piękny stary byk, prowodyr stada, dał znać o niebezpieczeństwie, to też w jednej chwili stadko znika w wysokich trawach. Widzimy je jeszcze raz na gołym stepie, lecz już w oddali, o podjechaniu czy podejściu niema już mowy — zresztą ciemno