Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i jazda w trawy. Nagle z przed samochodu wyrywa się przepiórka. Blake w tej chwili pędzi, co maszyna wyskoczy a teren pozwoli, w ślad za nią, dokładnie uważając, gdzie zapadnie. Zwykle po kilkuset metrach już ją dopadał i znowu płoszył. Odstępy lotu coraz bardziej się zmniejszały i w pewnej chwili pada rozkaz. Murzyni jak małpy rzucają się z siatkami z wszystkich stron na ukryte w trawach biedactwo i prawie zawsze zmęczone wykryją i w siatkę złapią. Przy końcu mojej wyprawy mieliśmy w ten sposób złapanych przepiórek przeszło dwadzieścia sztuk.

Tego samego dnia po przybyciu do Anguesi, po dobrem śniadaniu wyruszamy w step, by rozejrzeć się w terenie. Mamy nadzieję, że może zobaczymy antylopy. Po godzinnej jeździe widzimy poruszający się ciemny punkt. Przez szkła poznaję wspaniały okaz wildebest’a (Catoblepas taurinus). Wielka to antylopa, najbardziej do bawoła podobna. Zawsze była mojem marzeniem. Trudna do podejścia, często złośliwa gdy ranna. Już ją parę razy widziałem: kudłata i czarna z długim końskim ogonem; w wysokich trawach zawsze mi dużo emocji sprawiała. Podjeżdżamy więc ostrożnie na kilkaset metrów, zeskakuję z wozu, który w inną stronę zaraz skręca i kryjąc się w trawach, wolno podchodzę. Może na 300 kroków czuję naraz, że wiatr się zmienia a mój wildebest w tej chwili zaczyna niecierpliwie tupać nogą. Nie mam czasu do stracenia: krzyżyk lunety spoczywa na komorze, strzał i wszystko mi znika z przed oczu. Zdala słyszę okrzyki moich towarzyszy, któ-