Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


w ich kierunku przerwały im ucztę. Cielak miał wyjedzone jelita, wątrobę i żołądek. Został zabity tak samo jak krowa uderzeniem łapy w kręgosłup.Takie było moje pierwsze spotkanie z lwami.
Rankiem rozglądamy się w okolicy. Blake ze złością spostrzega, że ostatnie dwie godziny krążyliśmy dokoła stawku, oddalonego od naszego obozowiska o kilkaset metrów. Po spakowaniu namiotów, w dziesięć minut później docieramy do upragnionej wody. Mamy w tem miejscu zostać dłuższy czas i Anguesi będzie naszem głównem obozowiskiem. Miejsce śliczne. Duża ławka, dwa małe stawki błotne, szumnie wodą nazwane, kilka olbrzymich baobabów; pod niemi rozbijamy namioty. Od zachodu, więc od tej części, którąśmy przebyli, gęsta, ciernista dżungla, kraina antylopy Kudu i lampartów, z drugiej zaś strony wysokie trawy, przerywane małemi laskami, które w miarę posuwania się na zachód nikną zupełnie; tam już poczyna się jednolity step z rzadkiemi kępami drzew akacjowych, siedlisko żyraf i rozmaitych antylop. Memu towarzyszowi znacznie lepiej, jego silna natura przemaga chorobę. Przebył on już w swem życiu ze trzydzieści ataków malarji, więc jak twierdzi, jest to już kwestja przyzwyczajenia.
W kilka godzin po naszem przybyciu obóz już gotów. Dwa duże namioty, jeden dla Blake’ów, drugi dla mnie, oddzielone od siebie szałasem, dumnie przez nas nazwanym salonem. Mamy tam wszystkie nasze prowianty: setki puszek z konserwami, jarzyny, owoce, liczne butelki różnych kolorów i wielkości, oraz duży stół, na którym w razie niepogody jadamy. Podziwiam technikę budowy tego szałasu przez murzynów. Bez żadnego