Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


lekim krewnym, pozostawiając mu miljonowy spadek.
Kilka dni, spędzonych w ponurym i szarym Londynie, jeszcze bardziej spowodowało moją tęsknotę do słońca. Nie przypuszczałem, że niebawem tego słońca unikać będę. Ostatnie przygotowania do podróży, zakupy nieodzownej tropikalnej odzieży i wyjazd do wielkiego portu Southampton, gdzie oczekiwać nas będzie najwspanialszy angielski okręt motorowy, kursujący między Anglją a Afryką Południową.
Teraz na dobre zaczyna się wielka przygoda, myślę sobie, wysiadając na dworcu w Southampton. Mam tylko godzinę do odjazdu okrętu, którego kominy widnieją z poza dachu niskiego dworca. Zaczynam się niepokoić. Cały mój przedział zapełniony walizkami, strzelbami, torbami, aparatami fotograficznemi, przyborami do sportu, jak rakiety tenisowe i clubs’y do golfa. A tu tragarzy ani śladu. Wołam, szukam, nic nie pomaga. Na moje pocieszenie widzę, że inni, liczni pasażerowie spokojnie suną ku okrętowi, pozostawiwszy swoje niemniej liczne pakunki w przedziale. Nie pozostaje mi nic innego, jak iść za ich przykładem.
Na widok wspaniałego „Carnarvon Castle“, mającego mnie zawieźć na drugi koniec Czarnego kontynentu, zapominam o moich kłopotach i obawach.
Długi, rasowy, o niskich kominach, swoje 22 tysiące ton nosił z gracją, a przycumowany do molo portu, wydawał się olbrzymem.
Ruch, jak zwykle przy odjazdach, duży. Liczni pasażerowie wchodzą i wybiegają po wygodnych schodkach, by w ostatnich minutach wrzucić je-