Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Droga, którą jedziemy, nie do opisania. Parowy, wywroty olbrzymich drzew, ogromne kamienie wulkanicznego pochodzenia, gąszcze tak zwarte, że miejscami siekierami torujemy drogę; wszystko to nasz dzielny Berliet, hucząc, strzelając, otoczony kłębami dymów wali, druzgoce i zawsze z najtrudniejszej opresji wychodzi cało. Podziwiam mistrzowskie kierowanie Blake’a w tym terenie. To już nie prowadzenie ,ale cyrkowe sztuki, gdzie wóz staje dęba, chodzi bokiem, próbuje balansowania, szarpiąc resorami i naszemi nerwami. Co chwila wydaje się, że już, już katastrofa nie do uniknięcia i posuwamy się dalej. Około pierwszej wielkie poruszenie; okazuje się, że z busolą coś nie w porządku, Blake ma zamiar jechać na prawo, część murzynów uczepionych jak małpy na szczycie kufrów tłómaczą i twierdzą, że tylko na lewo, inni że dobrze jedziemy. Harmider niemożliwy, a że właśnie pijemy piwo, mój towarzysz, przekonany o tem, że łeb murzyński zawsze twardszy od butelki, rozbija parę flaszek o ich kędzierzawe czerepy, zamykając tem dyskusję.
Ruszamy w dalszą drogą, czując, że jedziemy trochę na oślep. Pół godziny jazdy po wściekłym terenie. Blake przyznaje się, że stracił kierunek.Z przerażeniem spostrzegamy świeże ślady samochodu, oczywiście naszego. Przez dwie godziny zakreśliliśmy śliczne koło i wyjechaliśmy na tę samą drogę. Rozpacz! Słońce zbliża się powoli do horyzontu, za chwilę będzie ciemno. Postanawiamy rozbić namioty i przenocować, mamy nadzieję, że jutro odnajdziemy pożądany kierunek. Nagle Blake zaczyna się trząść: — dreszcze, atak malarji. Idzie do łóżka z poczwórną dawką chi-