Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


V

Droga po kilkuset metrach znika zupełnie, wjeżdżamy w gąszcz. Krótkie westchnienie do św. Huberta zapoczątkowuje moją wyprawę myśliwską. Kierujemy się według drogi, przebytej onegdaj przez sanie i woły. Lecz nie wszędzie maszyną można przejechać tam, kędy wytrwałe woły przejść zdołały. Niebawem też gubimy ślad i jedziemy na przełaj, kierując się według busoli. Kto nie zna monotonnego pejzażu dżungli afrykańskiej, ten nigdy nie uwierzy, jaka w niej trudna orjentacja. Jedynie krajowcy nieźle się w terenie wyznają i to nie każdy szczep; o ile nie jest wojowniczy, ale pracuje na roli i nie zajmuje się polowaniem, to w puszczy nie da sobie rady.
Nasz szczep Barotse z rasy Bantu dziwnie źle się orjentował podczas całej naszej wyprawy, mimo żeśmy w ich kraju polowali. Tak samo okazali się fatalnymi tropicielami. Po kilku dniach pobytu, zwykle już sam według własnej intuicji tropiłem i podchodziłem. O kierunku wiatru, o tej zasadniczej podstawie polowań w Afryce, nie mieli pojęcia. Na 50 murzynów, którzy naszą eskortę stanowili, jeden jedyny młody chłopak zaawansował na „Shikarego“, i ten nieźle tropił, choć ślad lwa zwykle z respektem omijał, odwracając wtedy moją uwagę w inną stronę.