Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Długa szopa na 60 metrów, stojąca na palach, kryta strzechą. Dokoła weranda z metalowemi siatkami — na niej koncentruje się całe życie, — wewnątrz kilka izb, używanych przeważnie jako składy i rupieciarnie. Łóżka nasze stoją na werandzie bez moskitier, dzięki siatkom, które dom okalają. Rychło udajemy się na spoczynek, gdyż ciężki dzień nas jutro czeka. Wodospad huczy pod samym domem, gdzieś daleko brzmi bęben murzyński. Nadsłuchując, czy nie usłyszę ryku lwa — wspominano bowiem, że od pewnego czasu kręci się w okolicy zasypiam snem kamiennym.
Rano już przed świtem wszyscy na nogach. Ruch, krzyki, rozkazy zrywają mię z łóżka. Wychodzę przed dom i niemieję z zachwytu. Tuż pod mojemi stopami potężną falą bije wodospad, mieniąc się tysiącem barw w promieniach wschodzącego słońca. Zambezi w całej swej okazałości, szeroką wstęgą niebieską, pieniąc wartkie fale, na dwoje rozdziera zwartą dżunglę i ginie hen w dali. Dom „nasz“ otoczony drzewami pomarańczowemi o pełnych, białych pękach, magnoljami, bezlikiem krzewów, sprowadzonych przez gospodarza z Indyj i z Afryki Północnej, przy wschodzie słońca wydaje się jak pałac z bajki. Dwa olbrzymie baobaby wiecznym cieniem chłodzą dom. Trudno coś piękniejszego znaleźć na świecie.
Głos Blake’a przywraca mi przytomność. Czas odjazdu się zbliża, ostatnie przygotowania i wyruszamy, żegnani krzykiem murzynów i ujadaniem sfory foksterjerów. Siedzimy na przedzie. Blake prowadzi, obok niego żona jego i ja. Okalają nas pasy, przymocowane do wozu, by było się czego trzymać i mieć jaką taką pewność, że się nie wypadnie.