Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/86

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nad rzekami, nie umie pływać, mimo że głównie trudni się rybołóstwem.
Łódź szybko nas unosi i znowu jesteśmy otoczeni gęstą puszczą. Widzę kilka krokodyli, które z nielicznych ławic wskakują do wody. Przez chwilę w bocznym kanale wyłania się ciemny grzbiet hipopotama, lecz już łódź była daleko i tracę ten interesujący widok z oczu. Dzień znowu upalny bardzo, ani jednej chmurki na niebie, mniej jednak upał ten odczuwam, gdyż poczciwy John urządził mi wygodny namiot na przedzie łodzi, doskonale chroniący przed słońcem. Wieczorem mamy dobić, o ile nie będziemy mieli przeszkody, do Katiny. Tęsknota za kąpielą i łóżkiem przedłuża chwile dojazdu. Z radością pod wieczór spostrzegam, że prąd coraz silniejszy. Widoczny znak, że zbliżamy się do wodospadów, nad któremi jest położona ferma mego przyjaciela. Nareszcie o 9-tej zabłysnęły światła i słychać tubalny głos Blake’a, wydającego rozkazy. Łódź skacze po falach, jak opętana i w minutę potem witam się z gospodarzami, którym tyle zawdzięczam.
Przy dobrej kolacji opowiadam wrażenia z podróży i z ciekawością rozpytuję się o plany. Nazajutrz o świcie samochodem mamy ruszyć w dżunglę. Blake ma zamiar dotrzeć do Anguesi. Jest to mały stawek, oddalony od Katimy o 180 mil. Napozór odległość to niewielka, ale ze względu na bezdroża dżungli etap to olbrzymi. Samochód częściowo do drogi przygotowany, duża lora Berliet’a o 6-ciu kołach, specjalnie do tego rodzaju wypraw zamówiona. Z podziwem patrzę na niebywałe ilości pak, kufrów i przedmiotów, które już piętrzą się na wozie, a jeszcze sporo ich do załadowania. Po kolacji choć ciemno, oglądam dom.