Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/85

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


prędko mija, a że w tym kraju jedyne lekarstwo i przyjemność przedstawia whisky, więc sowicie częstuję nią moich gości, którzy niebawem wesoło choć niepewnie wracają do swych domków.
Łóżka już zdala nęcą białemi siatkami. Znużony upałem, natychmiast kładę się spać i kamiennym snem zasypiam.

Lecz i tu nie było mi danem całą noc spędzić spokojnie. Budzę się nagle, słysząc dziwne odgłosy, jak gdyby bulgotanie, chrapanie, sapanie i mam wrażenie, że ktoś niedaleko mnie sierpem tnie szuwary. Budzę mego towarzysza z bronią gotową do strzału, pytam cicho, co to znaczy. On chwilę nadsłuchuje, śmiejąc się odpowiada: „kiboko“ i w tej chwili zasypia. Domyśliłem się, że to hipopotamy wyszły na żer i pasą się niedaleko naszego obozu. Uspokojony kładę się zpowrotem, dziura w moskiterji zaszyta, więc spanie królewskie.Wstajemy o wschodzie słońca, bo duży etap dzisiaj przebyć musimy. Przed odjazdem witamy wczorajszych naszych gości, którzy przyszli się pożegnać. Przy dniu widzę, jak straszne spustoszenie w ludzkim organiźmie czyni malarja. Mój nowy znajomy to istny szkielet, ledwo trzymający się na nogach. Rozmiłowany w tych dzikich stronach, 23 lata tu przesiedział, i o wyjeździe nie chce słyszeć. Wsiadając do łodzi zapytuję go o krokodyle. Znudzonym głosem odpowiada, że właśnie na miejscu, gdzie nasza łódź przybiła, wczoraj krokodyl porwał ośmioletniego chłopca, który czerpał wodę. Podobno krokodyle wielkie czynią spustoszenie w ludności tubylczej. Podczas mego pobytu słyszałem o kilku wypadkach. Dowodem niebezpieczeństwa ze strony tych obrzydliwych gadów jest fakt, że ludność miejscowa, mieszkająca