Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/84

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


kanie. Gdzieś daleko spazmatyczny śmiech hieny ginie w dali, by wrócić echem, spotęgowanem pomrukiem lamparta, polującego w niedostępnych oczeretach. Pełne życie dżungli, ze swemi prawami, walką krwawą o byt, gdzie bek zarzynanej antylopy łączy się z miłosnym pomrukiem drapieżników; wszystko zlewa się w potężną i silną harmonję. Głos puszczy ostrzega śmiałka, by nie ważył się przestąpić jej progu. — Wnet ciemność ogarnia świat cały. A puszcza coraz bardziej się ożywia, jak gdyby obcemu przybyszowi powiedzieć chciała, że tajne ich życie nie dla wzroku ludzkiego. Do tych potężnych akordów życia dżungli dołącza się niebawem osobliwa orkiestra. Ciche i pojedyńcze narazie metaliczne dźwięki, zaczynają się zlewać w dziwny szczęk kastanietów o kilkunastu różnych tonach. Zrazu słabe, nabierają takiej mocy, że chwilami przygłuszają życie lasu. — Wierzyć się nie chce, że to małe zielone żabki tyle hałasu zrobić potrafią.

W oddali widać światełka. To wieś murzyńska Seshek, pierwszy etap naszej podróży po Zambezi. Przybijamy do brzegu, ogień wesoło strzela w noc ciemną; z radością wyciągam nogi po całodziennem siedzeniu. Wnet otacza nas chmara murzynów. Opodal widnieje duża wieś z trzema murowanemi domami jako świadectwem pogranicza cywilizacji w tych stronach. Niebawem mamy gości, i to jedynych białych, mieszkających w tej wiosce. Nadchodzi wysoki, schorowany na malarję naczelnik poczty, kupiec, posiadający duży sklep kolonjalny i urzędnik rządowy, który przybył w te strony, by imieniem króla ściągać z murzynów podatek (poll tax). Na miłej pogawędce czas