Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/81

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


rozmowie mamy szympansicy ze swym synkiem. Było to w ogrodzie zoologicznym. Pokazując na gawiedź przed klatką, pyta synuś mamy, czy to małpy; po chwili milczenia z pogardą wielką powiada mama: „Byli niegdyś małpami, ale się zdegenerowali.“

W Mambowe rozpacz: łodzi niema. Kombinujemy gdzie noc spędzić, a tu moskity tną jak szalone; palimy ognie i trenujemy się, by w dymie całą noc przesiedzieć. Nagle około 10-tej słyszymy warkot motoru, biegnę ku rzece i z radością widzę światła. Za chwilę, walcząc z prądem, majestatycznie, wśród wrzawy i krzyków murzynów duża łódź dobija do brzegu. Na przedzie biały, to pan John, administrator Blake’a, wspaniały typ Bura, który całe życie spędził w środkowej Afryce; z nim kilku murzynów.
W jednej chwili namioty rozpięte, herbata się parzy, a narazie raczymy się godnie whisky z podwójną porcją chininy. Od Johna dowiaduję się, że Blake’owie mieli wypadek. Lądując w Katimie, wjechali w moczar, skutkiem czego wykoziołkowali się, aparat „stanął do góry nogami“. Na szczęście nic im się nie stało. Maszyna trochę się pokiereszowała. Niema słońca bez chmurki: okazuje się, że moja siatka dziurawa, moskity w niej gospodarują o spaniu niema mowy. To też o świcie pakowanie i jazda! Mam wygodny leżak na przedzie łodzi, kufry ztyłu, na samym wierzchu paka z przeklętemi kurami.
Rozkoszuję się cudnym widokiem. Zambezi majestatycznie, wolno płynie, tak niezmiernie szeroka, że czasami nie widać drugiego brzegu. Brzeg zarośnięty wysokiemi krzakami, od czasu do czasu