Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/8

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I

Jak grom z jasnego nieba, otrzymuję wiadomość, że z północnego kraju przeniesiony jestem na dalekie południe, i że w kilka dni muszę zlikwidować moje europejskie sprawy.
Biegnę do znajomych i przyjaciół, by podzielić się tą wiadomością.
— Wyjeżdżam! — krzyczę z radości.
— Gdzie?
Do Afryki, do Kapsztadu, na drugi koniec świata — odpowiadam z radością.
Pośpiech konieczny. Za tydzień okręt wychodzi z Southampton. Tempo w robieniu ostatnich wizyt, tempo w załatwianiu prywatnych interesów, dzień w domu i nim się spostrzegłem, siedzę w wygodnym wagonie w drodze do Anglji.
Wielka, nieznana, emocjonująca podróż przede mną. Dwadzieścia kilka dni samej jazdy okrętem, Afryka, równik, przygody, murzyni, słowem, to, co zawsze uważałem za szczyt moich marzeń, niespodzianie w rzeczywistość, jak gdyby zapomocą różdżki czarodziejskiej, w prawdę się zamienia.
Liczni towarzysze podróży, patrząc na mnie, napewno sądzili po mojej rozradowanej fizjognomji, że albo ten człowiek wygrał wielki los, albo jedzie do Ameryki, dowiedziawszy się o zgonie nieznanego wujaszka, który w ostatniej chwili swego cennego żywota przypomniał sobie o da-