Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


podnosi się wolno, postępuje kilka kroków i majestatycznie wznosi się w powietrze. Pierwsze moje donośne „psiakrew“ głośnem echem ginie w dali. Trochę dalej spostrzegam dużego orła siedzącego na drzewie. Zaczynam podchodzić w gąszczu. Po ciężkim pochodzie w ciernistych krzakach przekonuję się, że królewski ptak dawno już buja w obłokach i głośnem kwileniem wyraża mi swą pogardę. Był to jedyny orzeł spotkany podczas mojej wyprawy, sępy natomiast setkami ciągle trzymały się naszego obozu. Kijem prawie trzeba je było wyganiać.
O czwartej dojeżdżamy do Mambowe. Mała wioska murzyńska nad samą Zambezi. Wita mnie naczelnik wioski, stary murzyn: według zwyczaju siedzi w kucki i klaszcze w ręce. Z zapałem i ja biję brawo i przez tłumacza pytam, czy jest łódź z Katimy. — Jeszcze nie nadeszła. — Rozpacz! Moskity gryzą nie do wytrzymania. Uciekam jak najdalej od rzeki, rozpalamy ogień — trochę to od nich chroni. Niemiła perspektywa spędzenia nocy w murzyńskiej wiosce i to bez siatek; tracę humor, bo już porządnie jestem spuchnięty. Wypytuję się o zwierzynę, podobno o kilka kilometrów wgórę rzeki są antylopy. Niezwłocznie umawiam się z naczelnikiem, że o ile mi da dobrego przewodnika a ja zabiję antylopę, to dostanie z niej całe mięso. W mgnieniu oka kilku czarnoskórych wdrapuje się na automobil i stosunkowo dobrym terenem jedziemy na podjazd.
Wjeżdżamy na łąki i niebawem dostrzegam pierwszą antylopę (Water Bock — Kobus ellipsiprymnus). Zaczynam podchodzić, wiatr mam dobry. Na 200 kroków decyduję się na strzał; w chwili mierzenia moja antylopa w skok i ginie