Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dobrem łóżku. Pierwszy raz zasypiam pod siatką.Trochę duszno, ale lepsze to niż bliższy kontakt z moskitami. Zasypiam przy akompanjamencie szumu wodospadów i szelestu jaszczurek, goniących po ścianach za owadami. Myśli jak szalone harcują po głowie. Słonie, bawoły, strzały chaos nie do opisania, lecz niebawem syty imaginacyjnych dubletów, zasypiam snem sprawiedliwego.

Na drugi dzień od świtu pakowanie i ostatnie przygotowania do wyprawy. Zajeżdża duża lora samochodowa, którą mam odjechać do Mambowe; tam czeka na mnie łódź motorowa z Katimy. Niestety bliżej podjechać nie może z powodu katarakt. Przerażam się ilością bagażu, który na samochód pakują. Oprócz licznych moich kufrów i paczek zabieram kilkaset litrów benzyny dla samochodów i aeroplanu, mam też dowieźć 24 kur rasowych dla fermy. Były one moją zmorą przez, cały czas jazdy, szczególnie w łodzi. Nigdy nie myślałem, że te, napozór miłe ptaszki w podzwrotnikowem słońcu tak bardzo pachną. Nareszcie wyruszamy! Siedzę obok szofera dosyć wygodnie. Droga, z początku dobra, zaczyna się psuć, auto skacze jak szalone, kurczowo trzymam się siedzenia, by nie wypaść. Takiej drogi mamy przeszło 100 km. Szofer, inteligenty Anglik, opowiada mi rzeczy ciekawe.
Sam myśliwy zapalony, pokazuje mi miejsca, w których w ostatnich czasach widziano lub zabito lwy. Dziwnem mi się wydaje, że lwy podchodzą tak blisko dużego miasta. Daleko na moczarach widzę białą czaplę. Niestety luneta jeszcze w kuferku; mimo to decyduję się na strzał. Efekt zabawny: tuman pierza, czapla wywraca koziołka,