Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


piękny pałac gubernatora jedyną jego ozdobą. (Wszyscy sobie właśnie opowiadają, że dzisiaj podczas śniadania u gubernatora wielki, jadowity wąż najspokojniej wślizgnął się do jadalni. Nieproszonego gościa wśród popłochu licznie zebranych gości służba zatłukła laskami.)
Pierwszy raz paraduję w hełmie tropikalnym. Lekkie to okrycie głowy jest idealne i nader wygodne. Od Johannesburga codziennie wieczorem zażywam chininę. Trochę szumi w uszach, ale w miarę przyzwyczajania coraz mniej ten przykry stan się odczuwa. Wieczór miło spędzam u nestora miejskich dygnitarzy. Jest on radnym, aptekarzem, drogerzystą, redaktorem jedynego dziennika w Livingstonie, a do tego sprawuje szereg innych ważnych publicznych funkcyj. Zapalony amator radja, każe nam przez godzinę słuchać skrzeczącej muzyki. Trochę mi pan radca wygląda na znajomka. Okazuje się, że pochodzi z Polski, a jego piękny, duży orli nos upewnia mnie wtem przekonaniu. Dużo się wypytuje o Polskę, skąd jego dziad wyemigrował do Afryki jako młody człowiek.
Wracam do hotelu i raz jeszcze sprawdzam zawartość mego bagażu. Przeglądam strzelby i naboje, przepatruję, czy czegoś mi nie brak. Jutro już nieodwołalny ranny wyjazd w Safari.
Najbardziej mnie niepokoi sprawa dużego kalibru na słonie i bawoły. Blake uspakajał mię coprawda, że ma dla mnie przygotowany sławny „505“. — Ładna to broń — nawet słoń w komorę trafiony w ogniu ruluje. Mimo, że upał dotkliwy, czuję się świetnie, tylko w uszach, paskudnie szumi. Późno idę spać. Po 3 dniach pociągu rozkosz przedziwna wyciągnąć się na prawdziwem,