Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wszyscy do hotelu i tu przy whisky dzielimy się wspólnemi wiadomościami, no i układamy przyszłe plany jazdy w dżungle.
Przy dobrem śniadaniu na werandzie hotelu miło czas schodzi. Gawędzimy o przyszłych emocjach, które mię czekają. Zaraz po obiedzie Blake zabiera swoją żonę i leci do Katimy, gdzie będzie mnie oczekiwał. Oni za 4 godziny tam będą, ja trzy dni będę musiał jechać.
Część wyprawy już tydzień temu wyruszyła w dżungle. Jadą więc ogromne sanie naładowane benzyną, prowiantami i „ciężkim“ bagażem, zaprzężone w 24 olbrzymich wołów. Partję tę mamy spotkać o 200 km od Katimy w pełnej dżungli nad małym stawkiem Anguesi. Pozatem do Anguesi poszło już 8 koni wierzchowych, 12 krów i 5 osłów.
Ja nazajutrz mam z Livingstonu trząść się na dużej lorze samochodowej do Mambowe, małej wioski murzyńskiej nad Zambezi, oddalonej o 100 km. Zabieram z sobą część nowo tutaj zakupionego bagażu. W Mambowe będzie mnie oczekiwała łódź motorowa mego przyjaciela i jeżeli wszystko dobrze pójdzie, to płynąc w górę rzeki za 2½ dnia będę w Katimie.
Odprowadzam Blake’ów na nowe lotnisko. Wkrótce metaliczny biały ptak lekko unosi się w powietrze i ginie w oddali ponad zwartą dżunglą. Nie tracąc czasu, jadę samochodem do wodospadów. Trudno opisać te wrażenia. Zambezi na przestrzeni prawie dwu kilometrów wpada w czeluść głęboką na kilkaset metrów. Zależnie od wiatru, tumany piany wodnej spadają na odległe nawet okolice. Roślinność też w promieniu kilkuset metrów, dzięki prawie codziennym deszczom jest przewspaniała. Niestety z żadnego miejsca nie