Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


upragniona chwila dojazdu do Livingstonu. Za godzinę nareszcie tam będziemy. Staję na szerokiej platformie wagonu i wypatruję tak bardzo oczekiwanego widoku wodospadów. Podobno o 10 km widać już białe opary, bijące wysoko wgórę.
Nagle tuż nad naszemi głowami ukazuje się aeroplan. Nisko się zbliża i nad samym pociągiem wyprawia dzikie harce. To Blake wyleciał na nasze spotkanie i przez długą chwilę zabawiał nas sztuczkami — chwilami nadlatywał tak blisko, że go doskonale poznaję pozdrawia nas ręką i znika znowu.
Za kilka chwil wszyscy pasażerowie tłoczą się w oknach wagonów i pokazują sobie na horyzoncie białą, jasną chmurę. Wierzyć się nie chce, że to już wodospady. Jesteśmy jeszcze oddaleni od nich o kilka kilometrów, a już pył wodny w postaci białego obłoku zasłania część horyzontu. Kilka chwil jeszcze i pociąg znacznie zwalnia biegu, wjeżdża na most. Zamieram w zachwycie. Wspaniały most, przewieszony tuż nad wodospadami pozwala przez kilka chwil podziwiać największe wodospady świata „Wiktorja Falls“ w całej ich pełni i grozie. Dwakroć większe od osławionej Niagary. Piana wodna z grzmotem, jakby siłą tytanów porwana, wzbija się ku niebiosom. Huk tak potężny, że trzeba krzyczeć i to głośno, by być słyszanym. Pod nami przepaść na kilkaset metrów, a wdole szalejąca, pieniąca się Zambezi. Cudna ta chwila mija zbyt prędko. Pociąg zatrzymuje się w samym Livingstonie.
Na peronie spostrzegam mego przyjaciela, który zbliża się z wyciągniętą dłonią. Czarny, opalony, wesoły, widać że jest w swoim żywiole. Jedziemy