Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Nareszcie ten kraj, o którym marzyłem!
Siedzę w pociągu, ciągle wyglądam oknem, czy dojrzę jakąś zwierzynę. Dżungla nie tak zwarta; częściej już jedziemy przez typowy step. Smutne to, trudno dopatrzeć się choć odrobiny zieloności. Żółta, szara trawa, wypalona jak po ogniu, i wierzyć się nie chce, że jakieś życie może się utrzymać w tym piekielnym żarze. Nagle zrywam się z siedzenia — tuzin wspaniałych strusi spokojnie pasie się na kilkadziesiąt kroków od toru kolejowego, bez cienia strachu, obojętnie patrzą na mknący pociąg. Dwa wspaniałe koguty z dumą rozpostarły swe piękne pióra, jakby chciały okazać się w całej swej krasie. Strusie te, to jedyne stworzenia, widziane na ziemi z okien wagonu pod czas całej mojej długiej jazdy.
Często jednak widziałem duże sępy bez ruchu zawieszone w lazurze i tysiące nieznanych mi ptaków, które obsiadły druty telegraficzne. Przez mgnienie oka zobaczyłem siedzącego na drucie dużego tukana. Zabawnie ten ptak wygląda ze swoim dzióbem, który często jest większy od reszty jego ciała. Najładniejsze, to dziwne małe ptaszki, których ogon cieniutki dziesięciokrotnie jest dłuższy od ich korpusu. Ledwo te biedactwa mogły latać i raz się wzbiwszy z wielkim wysiłkiem, trzepocąc skrzydełkami, utrzymywały się w górze jak kropka z niezmiernie długim przecinkiem.

Monotonność krajobrazu powoli zaczyna się zmieniać. W dali na zachodzie widnieją wysokie góry Malopo. Drzewa już większe i trochę zielone — widzę po raz pierwszy wspaniałe baobaby, które jak gdyby wielkie grzyby wznoszą się wysoko ponad zwartą i równą dżunglę. Powoli zbliża się