Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


IV

Siedzę znowu w zapylonym przedziale i nudzę się dokładnie. Bo też aż do Livingstonu to dwa dni i dwie noce a nic ciekawego nie zobaczę po drodze! Setkami kilometrów tor się wije w niskiej szarej dżungli, tak zwartej, że o krok wgłąb niczego nie widać.
Jedyną rozrywką stacje. Tłumy murzynów biegają z dzikiemi wrzaskami wzdłuż pociągu, ofiarując pasażerom krajowe wyroby: skóry dzikich zwierząt, strusie pióra, rzeźby z hebanu, nieraz zupełnie artystycznie wykonane.
Na drugi dzień przejeżdżamy przez Mafeking, graniczną stację Związku Południowej Afryki. Kilka godzin postoju w Bulawayo, spotykam tam starego Anglika, z którym odbyłem podróż jadąc z Londynu do Kapsztadu. Autem zwiedzamy miasto. Kilka typowych długich i szerokich ulic, ruch mały, parę ładnych pałacyków w ogrodach, sklepy mizerne. Mrowie murzynów wylegujących się na słońcu. W godzinnej jeździe objechaliśmy nietylko miasto, ale i najbliższą okolicę. Po drodze dopytuję się o zwierzynę; — mówią mi, że o kilka kilometrów od miasta lwy nie są rzadkością. Słonie trafiają się bardziej na północ w okolicy rzeki Limpopo. Dużo wypraw myśliwskich wyrusza z samego Bulawayo w głąb kraju.