Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


niego wagonu salonowego. Znajomości się zawiera, wagon restauracyjny w oblężeniu, apetyt dopisuje, słowem cudownie!
W nocy poprostu zimno, zamykam okno i okrywam się czem mogę.
Kilka jeszcze godzin dzieli mnie od Johannesburga. Wyglądam przez okno. Smętny pustynny charakter kraju już znikł, teraz widne lasy bez końca, ale małe to, żółte, karłowate, choć gęste i cieniste. O, jakże piękniej wyglądają nasze knieje karpackie z niebotycznemi jodłami i świerkami. Na dwie godziny przed miastem lasy znowu ustępują wysokim wydmom o dziwnym, jasnym prawie metalicznym połysku. I je także usypała ręka ludzka. Czasami z ponad piasczystych gór wystrzela dymiący komin. Dziwne uczucie ogarnia człowieka, jedziemy po złocie!...

Lecz oto pierwsze domki murzyńskie. Biedne to koślawe, ale jakoś trochę lepiej się prezentujące, niż w Kimberley. Szosa obok toru i mknące samochody, kilka domów murowanych i wjeżdżamy na duży dworzec.
Miasto wspaniałe, szerokie ulice asfaltowe, potężne gmachy, pomniki, ruch jak w dużej stolicy europejskiej. Jadąc do hotelu, podziwiam wystawy sklepowe. Widać, że dużo tu towaru z Anglji. Johannesburg, to siedziba magnatów finansowych.Niektóre ulice, to same luksusowe wille w pięknych ogrodach. Poznać bogactwo tego miasta choćby po samochodach same najlepsze marki suną cicho po ulicach. W jednem miejscu widziałem 4 Rolls-Roysów, jadących jeden po drugim.
Hotel też pierwszorzędny, pokoje wygodne, każdy z łazienką. Miłą niespodzianką jest brak