Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


czeluści setkami wyjeżdżają wózki, naładowane kimberlitem i znikają w wielkich halach fabrycznych, gdzie ta drogocenna ziemia jest poddana różnym procesom, by na końcu wydrzeć z niej mały szary, o dziwnie symetrycznych konturach, kamień.
Od czasu do czasu wstrząsa powietrzem silna detonacja. To dynamit rozsadza oporne skały.W głębi kraterów mrowie ruchliwych czarnych robotników. Niekiedy miga biały hełm dozorcy lub inżyniera. Znać tu pośpiech i żelazną dyscyplinę. Byle prędzej, byle więcej.

Czas jednak wracać na dworzec. Niebawem siedzę w swoim przedziale i dopiero teraz odczuwam upał w nagrzanym wagonie. Trzydzieści kilka godzin dzieli mnie od Johannesburga i krainy złota. Jakoś trzeba to będzie przetrzymać.
Krajobraz smutny i długo jeszcze dziwnie niebieski. Potem wypalony step bez życia. Co chwila czarny służący przynosi lody i mrożone napoje. Naturalnie chce się pić, więc wchłaniam w siebie to wszystko. Najgorsza to rzecz w tropikach, bo płyn wypity natychmiast wszystkiemi porami ciała raptownie występuje, więc srodze mokry i gorący modlę się o noc, która zawsze choć trochę daje złudzenie chłodu. Wnet też słońce, jak gdyby ktoś je zdmuchnął, znikło nagle za horyzontem.
Raj — cudownie. Prawie zimno. Pełnemi płucami wciągam rzeźkie powietrze. Nie dziwota, że orzeźwiające, bo stale jadąc pod górę, wznieśliśmy się już na wysokość około 1000 metrów ponad poziom morza. Więc wyżej jak Zakopane.
Cały pociąg się ożywia. Słychać rozmowy, ludzie zaczynają spacerować, udając się do ostat-