Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Lekkomyślność czarnych jest wprost nie do uwierzenia. Są naprawdę jakby wielkie dzieci. Opowiadano mi, ze często się zdarza, iż murzyn po kilkumiesięcznej pracy z kilkoma krwawo zapracowanemi funtami opuszcza kopalnię i w przeciągu kilku godzin wszystko wydaje. Czarni lubują się w perfumach. Pędzi więc biedak do pierwszego sklepu, za wszystkie pieniądze kupuje najdroższe perfumy i za jednym zamachem cały się niemi zlewa. Cuchnie potem taki elegant na kilometry, no, ale grunt, srodze jest z tego zadowolony.

Nareszcie pociąg zatrzymuje się na dworcu. Ruch duży, stacja okazała. W gwarze dominują wrzaski murzynów. Lecz nie traćmy czasu, mamy dwie godziny postoju, więc idźmy zobaczyć to jedno z najciekawszych centr światowego bogactwa.
Na pierwszy rzut oka decepcja. Spodziewałem się, że jest to miasto najbogatsze na świecie, że zaimponuje mi swemi wspaniałemi budynkami i luksusem. Lecz jakże się myliłem. Niskie domy, położone wzdłuż wąskich i krzywych ulic. Kilka większych gmachów syndykatów i banków, żadnych ogrodów ani zieloności, do tego upał szalony i kurz, przykre robią wrażenie na pierwszy rzut oka. Nie czas na upiększanie, nie czas na przyjemności. Tu wre praca zawzięta, walka w głębi ziemi, by z głębokich szybów wywieźć jak najwięcej tej dziwnej, niebieskiej ziemi.
Lecz oto wyjeżdżamy poza miasto. Mam wrażenie, że w niezbadany sposób przeniesiony jestem na księżyc. Cała okolica przypomina wygasłe kratery, od małych dołów do olbrzymich kotłów o kilkuset metrach głębokości i szerokości. Z tych to