Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Lecz zbliżamy się do Kimberley. Znikły już piękne fermy i kwitnące sady. Krajobraz smutny i ponury. Ani znaku roślinności, poza małemi karłowatemi krzakami. A w miarę zbliżania się do miasta ukazują się niskie stożkowate wzgórza o dziwnym niebieskim połysku. Są to nasypy z tego sławnego Kimberlitu, wydobytego z głębi ziemi, zwą go też „niebieską ziemią“. Jest ona kolebką i kryjówką diamentów.
Powoli ukazuje się życie ale również ponure i biedne. Kilometrami, wzdłuż toru kolejowego ciągną się zabudowania robotników murzyńskich. Z powodu braku drzew w tej okolicy przeważnie są one sklecone z baniek od benzyny, starych pak i puszek od konserw. Tam mieszkają czarni robotnicy. Straszna nędza i brud nie do opisania.
Czarny ten robotnik, mimo, że nieźle jest płatny, żyje jak w więzieniu. Ogromne te kolonje czarnych ogrodzone są drutem kolczastym i pilnie strzeżone. Pod eskortą idzie robotnik do pracy i pod strażą wraca do swej chaty. Co pewien czas ma wolne. Wolno mu wyjść poza druty, ale przechodzi niezmiernie ostrą rewizję. Jest tu walka kto sprytniejszy. W jednej z kopalń skonstatowano, że robotnicy wynoszą diamenty. Mimo niezmiernie ostrych rewizyj i poszukiwań, nie można było wpaść na trop, w jaki sposób murzyni cenne kamyszki wynoszą. Prześwietlano ich żołądki nawet promieniami Roentgena. Wszystko na nic. Dopiero przypadkiem wykryto fortel czarnych łepetyn. Dany amator diamentów ostrym nożem rozcinał sobie skórę na nodze. W ranę wtykał kamienie. Po kilku dniach, gdy rana zrosła się, spokojnie poprosił o dzień wolny, wyszedł z kopalni, by już więcej nie wrócić.