Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Może to sugestja tak działa, może uczucie potęgi nieprzebranego bogactwa tej krainy, może usposobienie romantyczne, przepojone pamięcią pięknych pań i niesamowicie świecących cudownych kamyczków. Mimowoli myśl moja powraca do potęgi tych świecidełek.
Ile walk, ile krwi polało się w tej krainie, by zdobyć choć kilka metrów tej ziemi. Ile tragedyj, łez i rozpaczy na całym świecie ród ludzki przez was, piękne brylanciki, przecierpiał. A wy, nadobne panie całego świata, chciejcie zrozumieć, że to dla was ten wysiłek i cierpienie, że to dla was, wyłącznie dla was, tysiączne rzesze w tropikalnem słońcu krwawą walkę prowadzą, by wydrzeć ten szary kamień matce ziemi, by fosforycznem światłem na łonie waszem błyszczeć mógł.
Zaiste wielka wasza potęga, o brylanty...
Cofnijmy się myślą wstecz, bo aż do roku 1867. W tym to bowiem czasie na dwóch fermach burskich znaleziono pierwsze diamenty.
Wieść o tych skarbach lotem błyskawicy dotarła do Europy. Tysiączne rzesze awanturników i poszukiwaczy przygód przybywają do Kapsztadu i z południa szeroką falą prą na północ ku diamentodajnej krainie.
Przestraszeni Burowie za bezcen sprzedają swe cenne towary i wyruszają dalej na północ, szukając w nowej, nieznanej krainie spokoju i pracy.
Tłum ludzi, zawzięcie wydzierając sobie każdy metr tej cennej ziemi, gorączkowo przekopywał swą działkę na wszystkie strony. Dużo z nich potraciło wszystko, co mieli. Niektórzy z okrzykiem triumfu natrafiali na gniazda diamentodajne. Niezmierzone fortuny i tragedje były naprzemian zjawiskiem powszedniem.