Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


na ścianie tysiące gotowych ubrań, na półkach zwały materji, szkło, naczynia etc. Z ciekawością oglądam materjały. Na nich widoczny stempel — napewno angielski — patrzę i oczom nie wierzę. „Made in Czechoslowakia“. To samo z ubraniami, szkłem, porcelaną, nożami. Trudno wszystko wymienić. Słowem cały ten olbrzymi sklep sprzedaje wyłącznie towar czeski. Przyznam się, że djabli mnie brali. Tak łatwo mógł się tu znaleźć i polski towar, który napewno nie jest gorszy od czeskiego. Przecie Czechy to też kraj nowy, który musiał zdobywać sobie rynki zbytu, a dotarł daleko, bo aż do środka Afryki, gdzie nawet Anglja słabo była reprezentowana. Rozmawiam z kupcem. Nie ma pojęcia o Czechach, wie tylko, że towar dostarcza mu pośrednik z Durbanu, że towar jest tani i regularnie nadchodzi. O Polsce słyszał i dużo się o nią wypytywał, szczególnie o Marszałku, o którym wiele wiedział, ale towaru polskiego nigdy nie oglądał. Niestety, jedyny polski Konsulat w Związku został zniesiony, co w znacznej mierze utrudnia kontakt ekonomiczny z tym odległym krajem. Dzisiaj jedynie Instytut Eksportowy w Warszawie nader energicznie i celowo stara się nasze kupiectwo Związkiem zainteresować, ale dotąd wyniki jeszcze małe. Nie jestem pesymistą, mam przekonanie, że przemysł polski zrozumie ważność tego rynku zbytu. Każda godzina jest ważna i szkoda by było, gdyby inne kraje ciągle nas wyprzedzały, o co w tym wypadku łatwo, bo według starego przysłowia „kto pierwszy ten lepszy“.

Lecz oto pierwsze widoczne znaki, że wjeżdżamy w kraj dziwny i ciekawy i zupełnie odmienny od wszystkich dotąd widzianych.