Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nego jak rolniczego, Związek jest mało stosunkowo uprzemysłowiony. Dużo lat jeszcze minie, nim zostanie samowystarczalny.
To też kraje zamorskie rychło zrozumiały ważność tego wielkiego rynku. Szczególnie po wielkiej wojnie kraje uprzemysłowione wytężyły wszystkie siły, by opanować tutejszy rynek zbytu i zdobyć lokatę dla swoich towarów.
Związek dzisiaj po części wyzwolił się z pod zbyt czułej opieki Anglji i zaczyna się sam uprzemysławiać, ale jak już wspomniałem, długie jeszcze lata miną, nim przestanie importować.
A my?
Związek importuje, a my z trudem eksportujemy.
Czy to nie jasne?
W kraju jęki i skargi, że towaru sprzedać nie można. Ale weźmy chociaż przykład z innych krajów europejskich, np. Czechosłowacji.
Tam prędko zrozumieli ważność ekspansji gospodarczej do Afryki Południowej. Już w samym Kapsztadzie często spotykałem towar czeski, ale co najbardziej mi zaimponowało, to zdarzenie, które miałem podczas mojej wyprawy, daleko poza granicami Związku, bo aż za Zambezem w północnej Rodezji.
Płynąc w górę Zambezu, zatrzymałem się w małej wiosce murzyńskiej Seschek, położonej nad samą rzeką. Wioskę tę możnaby nazwać ostatnią ostoją cywilizacji pomiędzy Livingstonem a Kongiem Belgijskiem. Wśród kilkuset murzynów żyło tam kilku białych: misjonarz, telegrafista oraz kupiec, posiadający dużą faktorję, która zaopatrywała kraj tak wielki, jak pół Polski. Gościnny i miły Anglik oprowadza mnie po swoim dużym sklepie. Wszystkiego można było tam nabyć. Wiszą