Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/50

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


rów napróżno starają się choć na chwilę dać złudzenie chłodu. Czerwony, ale za to twardy roastbeef z trudem staram się przełknąć. Ratuje sytuację whisky z mrożoną wodą.
Staram się nawiązać rozmowę z moim towarzyszem, próbuję na wszystkie strony, poruszam kilkanaście tematów, od polityki do polowań, wszystko na nic. Od czasu do czasu małomówny ten gentleman wypowiada jakby z wielkim trudem typowe yes albo no. Nic więcej od niego nie mogłem wydusić. Kiedy Anglik jest małomówny, to już naprawdę nic nie mówi.
Przypomina mi to historyjkę o tych trzech Anglikach, łowiących ryby. W pewnej chwili ryba szarpnęła wędką. „Pstrąg“ spokojnie mówi jeden z nich. „Karp“ odpowiada drugi. Długie milczenie: Na to trzeci zbiera swoje manatki i opuszczając swych towarzyszy wycedza: „Nie zwykłem przebywać w towarzystwie kłócących się ludzi.“

Wracam do mego rozpalonego przedziału, gdzie już wygodne łóżko na mnie czeka. Jutro przejeżdżać będę przez najciekawsze okolice Związku, przez cudne fermy i pola. Pod wieczór Kimberley, stolica djamentodajnych pól, a za trzy dni koła pociągu toczyć się będą w stronę Johannesburgu, tej złotodajnej krainy.
Oczekiwana noc nie przyniosła jednak ulgi, jeszcze duszniej jak w dzień. Mimo to ukołysany miarowym stukiem kół — zasypiam.
Śni mi się, że znajduję diament takiej wielkości, że podnieść go nie mogę, majaczą mi się różne przygody, ale ranne przebudzenie przywraca rzeczywistość. Wyglądam przez okno: smutny krajobraz pustynny znikł zupełnie. Fermy w kwieciu