Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Z dziwną złośliwością uparcie wdziera się człowiekowi do nosa, oczu i uszu. Biedny pasażer skazany na wchłanianie go w oddechu przez kilkanaście godzin. Język zasycha, w zębach zgrzyta niemiłosiernie. Nie pomaga pita w ogromnych ilościach woda sodowa i inne płyny. Trudno — trzeba to znieść i powoli przyzwyczajać się do tej prawdziwej Afryki, w której dwa miesiące będę przebywał.
Szczęście, że każdy pasażer ma swój przedział, krępować się nie potrzeba, więc pocę się w stroju dość nieskomplikowanym, ale wygodnym. Słońce, rzuciwszy raz jeszcze na pustynię ostatni snop czerwonych jak krew promieni, znika za horyzontem. Lampy elektryczne zapalone, rozszalałe wentylatory smagają ciepłym wiatrem ciało biednego podróżnika, nie przynosząc jednak upragnionego chłodu; przeciwnie, człowiek formalnie dusi się w ich gorącym wiewie. Osiadły wszędzie przeklęty pył, porwany w djabelską sarabandę, wiruje po całym przedziale. Napróżno staram się ukryć i choć w części zabezpieczyć przed tym strasznym piaskiem na nic wszelkie starania. Leżę bez ruchu z mokrą chustką na twarzy, to trochę pomaga. Mimo upału zimno mi się robi na myśl, że jeszcze trzy dni z rzędu w pociągu muszę jechać i że to dopiero początek upałów, że będzie jeszcze znacznie gorzej, w miarę jak posuwać się będziemy dalej na północ, to jest w stronę równika.
Niestety trzeba się znowu odziać, gdyż biało ubrany murzyn zwiastuje obiad wieczorny. Zła kuchnia angielska jeszcze gorzej smakuje w tym piekielnym upale. Jako towarzysza stołu mam starszego Anglika, fermera z pod Kimberley. I tu w wagonie restauracyjnym dziesiątki wentylato-