Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


miesięcy podczas mego pobytu w Kapsztadzie starałem się dostać choćby kilka tych cennych listków. Z wielkim trudem po licznych zabiegach udało mi się nabyć ich aż sześć i to za wysoką zapłatą. Widok tych drzew jest niesamowity, bo blask słońca odbity od tego zwartego listowia razi srebrnemi promieniami tak intensywnie, jak gdyby promienie słoneczne odbijały się od wielu zwierciadeł. Drzew tych jest ledwie kilkaset na świecie i wszystkie znajdują się na zachodnim stoku Góry Stołowej.

Długie godziny jadę wśród winnic wzorowo prowadzonych ferm. Wszędzie duże pastwiska, na których pasie się piękne rasowe bydło. Lecz powoli krajobraz się zmienia. Drzewa coraz mniejsze i jakoś mniej zielone, fermy coraz rzadsze i mniej zasobne. Kwiatów już prawie nie widać zupełnie. Wjeżdżamy bowiem w bezwodną i niezamieszkałą pustynię Great Karroo, przecinając ją w części wschodniej. Niebawem pociąg mknie przez typową południową pustynię. Piaski i piaski bez końca, lecz nie jest to pustynia tego rodzaju jak Sahara, gdzie niema śladu roślinności. Tutaj wszędzie rosną niskie mchy, które w październiku cudownie kwitną w liljowym kolorze. Na tych mchach, szczególnie na brzegach pustyni, gdzie jest możność wydostania trochę wody z głębokich studzien, pasą się miljony owiec. — Gorąco zaczyna się robić niemiłosiernie, mimo że słońce za chwilę zniknie poza piasczystemi wydmami.
Czerwony drobny piasek, choć okna szczelnie zamknięte, wciska się do przedziału. Niebawem cały wagon wewnątrz pokryty tym czerwonym pyłem. Jest tak miałki, że prawie nieuchwytny.