Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


min wyjazdu przyśpieszyć o miesiąc, ale mu to nie w smak, gdyż jedziemy za wcześnie i to w czasie najgorszym pod każdym względem: Trawy jeszcze przez murzynów nie spalone, więc błądzenie w tych wysokich na dwa metry stepach daje mało szans spotkania zwierzyny. Słonie i bawoły jeszcze w Angoli i dopiero z początkiem kwietnia schodzą się na wysokiem płaskowzgórzu Barotseelandu na kilkumiesięczny pobyt. Trudno, trzeba będzie się zadowolić mniejszą zwierzyną. W każdym razie zostają lwy, których podobno w tej okolicy dużo, wprawdzie nie łatwo będzie je dojrzeć z powodu traw, ale grunt, że są.
Teraz na dobre żegnam się z moim przyszłym towarzyszem i gospodarzem. Mamy się spotkać za dwa tygodnie w jego myśliwskiej fermie nad Zambezem i to już w pełnej dżungli. On sam na drugi dzień wylatuje aeroplanem do Katiny. Przezornie zabiera z sobą kucharza murzyna. Ma nadzieję w pięć dni dotrzeć tam.
Z niecierpliwością oczekuję dnia wyjazdu. Ostatnie jeszcze przygotowania i zakupy. Zaopatrzyłem się w nadzwyczajne buty ze skóry antylopy z gumowemi podeszwami oraz twarde sztylpy, lekkie ale nader wytrzymałe i doskonale chroniące od ugryzienia węży.
Nareszcie nadchodzi upragniony dzień. Większy bagaż nadany wprost do Livingstonu, więc tylko ze strzelbami i podręcznym kuferkiem udaję się na dworzec. Na stacji moc znajomych i nieliczna kolonja polska, złożona z kilku osób. Szukając mego przedziału, odnajduję kartkę z mojem nazwiskiem, przylepioną do okna. Ostatnie uściski dłoni, rady i wskazówki; nie opuszcza mię obawa, czy czego nie zapomniałem. Rozlega się gwizd