Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


w te niebywałe historje. A miał co opowiadać. Od szesnastu lat stale połowę każdego roku spędza w najmniej zbadanych puszczach. Posiada prawie wszystkie rekordy trofeów na terenie całej Afryki Południowej aż po równik. Widać z jego słów, że uznaje tylko dwie rzeczy w życiu: dżunglę i konie.
Nie wiem, jak to się stało i co było powodem, że Blake, widząc moją pasję myśliwską, pyta mnie, czy nie wybieram się kiedyś w głąb kraju na grubego zwierza. Jakby piorun we mnie trzasnął. Drżę cały: przecież, by poznać te cuda, od roku, od przyjazdu do Afryki, drobiazgowo studjuję możliwość wyprawy podczas urlopu. Niestety jednak doszedłem do przekonania, że dwumiesięczna wyprawa to koszt wielki, w każdym razie za wielki na kieszeń polskiego dyplomaty i do tego ziemianina. Niema co ukrywać. Prosto z mostu oświadczam Blake’owi, że marzeniem mojem od chwili, kiedy pierwszy raz flobert miałem w ręce, była wyprawa łowiecka do Afryki. I staje się cud! Blake proponuje, abym z nim w kwietniu wybrał się na wyprawę do Barotseelandu. Jeszcze nie chcę wierzyć, by to było możliwe. W kilka godzin po poznaniu tego cudownego człowieka moje śmiałe, dawne rojenia się urzeczywistniają. Jadę więc naprawdę, poznam wreszcie wszystkie te cuda i do tego w kraju tak mało zbadanym, gdzie specjalnie trzeba mieć pozwolenie, by przekroczyć granicę rezerwatu murzyńskiego rasy Bantu.
Za trzy miesiące mam wyruszyć. Pierwszym moim etapem będzie Livingston. Jest to ostatnia placówka cywilizacji. Stamtąd zacznie się już prawdziwa wyprawa, po części samochodem, częściowo łodzią motorową po Zambezie. Tyle wiem