Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Pijemy doskonale cocktaile, gdy Blake wchodzi. Słusznego wzrostu, opalony na czarno, widać że siłacz; niezmiernie miłe robi wrażenie na pierwszy rzut oka. Naturalnie mowa o koniach. Ma dwadzieścia kilka wspaniałych folblutów we wzorowo prowadzonej stajni w Kapsztadzie. Same importy z Anglji. Nieraz zwiedzałem te stajnie i asystowałem przy treningach. Niejedna stajnia europejska mogłaby pozazdrościć tak pięknego materjału. On może sobie na to pozwolić, jako jeden z najbogatszych ludzi Południowej Afryki.
Po kolacji powoli i ostrożnie zmieniam temat rozmowy; zaczynam opowiadać o wrażeniach i emocjach polskiego myśliwego, polującego w naszych cudownych Karpatach, a gdym zaczął naśladować ryk jelenia, to już zauważyłem, że Blake patrzy na mnie przychylnem okiem.
Za chwilę przynosi jakąś rurę szklaną i niebawem wsłuchuję się przy jej pomocy w cudowny koncert dżungli. Czego tam nie było! Pomruki leopardów, beki antylop, odgłosy ptaków i nakoniec potężny ryk lwa. Z zamkniętemi oczyma rozkoszuję się tą piękną i silną symfonją dzikiej przyrody, i nawet nie przypuszczałem, że wkrótce usłyszę ją bezpośrednio w sercu dżungli.
Siedzimy w dużym hallu. Ogień na kominku trzeszczy radośnie, choć upał na dworze tropikalny. Ten kominek to wpływ Anglików, którzy bez niego nawet w lecie żyć nie mogą. Co chwila dobrze zamrożonym szampanem pijemy zdrowie zwycięskiego „Folichonne’a“ i już na dobre gadamy o polowaniu. Blake, zazwyczaj małomówny i nie lubiący opowiadać o swoich przygodach, tak się rozgadał i zapalił, że nietylko ja, ale i cała rodzina z zapartym oddechem wsłuchiwaliśmy się