Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


oklasków przyjęto ledwie żyjącą ze zmęczenia i wyczerpania nerwowego śliczną Angieleczkę, która zdołała pobić swoją groźną rywalkę „o 2 nożyczki“.
Przy totalizatorze tłum. Widzę, jak paki banknotów przechodzą z rąk do rąk. Sam zresztą minimalny podatek na rzecz wdów i sierot po marynarzach wynosił kilkadziesiąt funtów.
A gdy Carnarvon z dniem każdym zbliżał się do celu i jeszcze tylko trzech dni brakło, by ujrzeć zdala wyłaniającą się Górę Stołową, dziwny jakiś smutek wszystkich ogarnął. Tych dwadzieścia kilka dni razem spędzonych minęły tak szybko, aż za prędko. Dlaczego ta podróż niefrasobliwa, pełna poezji i czaru, zakończyć się musi... Niejedno serduszko silniej bije, niejedna łezka w ciszy tropikalnej nocy dziwnie błyska, niby mała nieznana gwiazdka, która z firmamentu spłynęła, by osiąść na smutnem licu.
Tu, wspomnienie niezapomnianej podróży, tam przed nami nowe życie, nowa praca i prawdziwa rzeczywistość, tem gorsza, że z poezji do niej zejść trzeba.
Lecz wszystko na tym świecie kończyć się musi.
Ostatni wieczór nader smutny. Kufry już spakowane i jedyny raz wszyscy na wieczór nie przebrani. Szare codzienne ubrania dziwnie nie licują z przepychem salonów. Ostatnie rozmowy, przyrzeczenia pisania, podawanie adresów, uściski dłoni i wszyscy wcześnie zdążają do swych kabin.
Jutro rano, o 8.30 dojedziemy, jak wyraźnie napisane w rozkładzie okrętowym Towarzystwa „Castle Line“, do Kapsztadu.