Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wielki gong okrętowy zaprasza na uroczystość. Na jednym z pokładów trybuny i duży czworobok, w którym kilkanaście panienek, prowadzonych przez tyluż młodych ludzi na linewkach, wesoło hasały. Z boku wielka tablica, no i przy niej nieodzowny i oblężony totalizator. Każda z panienek posiadała swój numer i odrębny kolor sukni. Kawalerowie, z wysiłkiem trzymając rozbrykane panie, posiadali te same numery i na ramieniu odpowiednią kolorową szarfę.
Z powagą wszyscy oglądają ten karuzel i nagle jakby natchnieni lecą się zakładać. Na arenie występuje weterynarz i każdego konika bada, pęciny, serce, nieraz obrywa poważne kopnięcie ku uciesze publiczności. Bardziej narowiste nie cofają się nawet przed ugryzieniem. Lecz sędzia wywołuje pierwsze cztery numery. Wyścig się zaczyna. Do balustrady przywiązano cztery kilkumetrowe cieńkie pasemka materji, a właściwie wstążki różnokolorowe. Każda z panienek dostaje małe krzywe nożyczki i na znak, dany chorągiewką przez startera, zaczynają ciąć. Chodzi bowiem o to, by jak najprędzej przeciąć całą wstążkę wzdłuż na dwie połowy. Jest to rzecz nader trudna, gdyż biedne niewiasty, zachęcane tak przez swoich kawalerów, jak i zdenerwowane przez graczy, co chwila z krzykiem rozpaczy odpadają, przeciąwszy tasiemkę wpoprzek. Z tych, które były pierwszemi w pierwszych rundach, składa się czołowa ekipa, która wyścig rozgrywa. Zakłady teraz, z chwilą kiedy widzowie poznali osobiste walory zręczności, rosną jak na drożdżach. Rwetes nie do opisania, nawet oficerowie, którzy zwykle zdała trzymali się od pasażerów, z zaciekawieniem wciskają się w tłum, by widzieć ostateczny wynik. Grzmotem