Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i pyszne, rywalizowały z pomysłami nader udałemi własnego przemysłu i pomysłowości.
Sędziowie rozdawali nagrody, tak za najwspanialsze kostjumy, jak i osobno za szaty, które pasażerowie bez pomocy z zewnątrz, to jest z dużych magazynów, o własnej sile na statku zdołali skombinować i sklecić.
Prawdziwie udałą imprezą był wielki koncert. Na kilkaset pasażerów znalazło się kilku dobrych śpiewaków, doskonała tancerka, jadąca na występy do Kapsztadu, zabawny prestigitator. Kto co umiał lub wiedział, wchodził na estradę i wszystkich zabawiał.
Lecz może zdarzeniem najbardziej oczekiwanem przez wszystkich były zapowiedziane „wyścigi“, tak zwane Derby. Od szeregu dni poważni panowie niezmiernie serjo dyskutowali nad zakładami, sędziami, wszystko w profesjonalnym języku turfowym. W pierwszej chwili nie bardzo mogłem się zorjentować, o co chodzi. Wprawdzie na dolnym pokładzie jechały 3 konie wyścigowe, przeznaczone na tor w Durbanie, ale wątpiłem, czy gwoli jadących szlachetne te stworzenia po górnym pokładzie biegać zechcą. To też z wielkiem zainteresowaniem oczekiwałem dnia wyścigów. Już przy wieczornym obiedzie większa część panów triumfalnie weszła ubrana według ostatniej mody turfowej. Więc szare żakiety, szare cylindry, białe kamaszki, laska z gałką i z gracją przez ramię przeczucona lornetka.
Przy jednym ze stołów poważnie siedział weterynarz z dużą strzykawką przy boku i łaskawie udzielał fachowych informacyj co do koni mających dziś biegać.