Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/33

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


pod naszym okrętem, i pląsające stado długo nam towarzyszy. Sama ta duża ryba ma w sobie coś zabawnego. Głowę ma zakończoną jakby długim ryjem. Niezgrabne i nieokiełznane ruchy, ta ciągła zabawa, bo tylko tak możnaby nazwać te warjackie skoki, wszystko to zawsze rozbawia podróżnika, i ukazanie się stada delfinów zawsze przyjmowane bywa na okręcie z radością.
Podobno ktoś widział wieloryby, niestety nic dojrzeć nie mogłem, ale od kilku dni mamy istne przedstawienie, które nam dają latające ryby.Godzinami można patrzeć, jak te srebrno-pomarańczowe stworzenia szybują w powietrzu. O ile jest wiatr i fala, to ryby te przebywają w powietrzu kilkadziesiąt sekund. Nieraz mogłem widzieć skoki, które na oko osądzićby można ponad 100 metrów. Nieraz ryba ginęła mi z oczu, nim znowu w toń wpadła. Boczne pletwy przypominają skrzydła samolotowe, szeroko i sztywno rozpostarte, do złudzenia podobne w locie do szybowców. Ryby te dochodzą do pół metra długości. Nieraz się zdarza, że podczas burzy latające ryby wpadają na pokład, to też zwykle marynarze z zapałem je łapią i konserwują, by je pasażerom następnie sprzedawać.
Płyniemy teraz już w pobliżu lądu. Oddaleni jednak o kilkaset kilometrów odgadujemy brzegi po stadach wielkich albatrosów, które stale towarzyszą okrętowi, żałosnem kwileniem prosząc o żer. Co chwila wielkie te ptaki z przeraźliwym krzykiem wpadają w spieniony wał wody za okrętem, by wynieść jakiś żer, wyrzucony z kuchni okrętowej. Zresztą pasażerowie ciągle im chleb rzucają, który z wielką zgrabnością już w powietrzu chwytają. Teraz zrozumiałem, dlaczego