Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/32

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


do zniesienia, ale już po kilkudniowym pobycie w Afryce tak się człowiek z tem oswaja, że właściwie wcale go nie czuje. Opowiadali mi biali tamtejsi, że i my w stosunku do czarnych nie bardzo pachniemy i murzyni dokładnie po węchu odróżniają białego i niezbyt pochlebnie o tem się wyrażają! Możnaby tu śmiało przytoczyć stare przysłowie: „Widzimy źdźbło w oku bliźniego, a jakoś z tą swoją belką gorzej“. Tak to na tym Bożym świecie bywa, i nic nie poradzimy, że prawie wszystko można przyzwyczajeniem wytłumaczyć.
Pierwszy raz zbliska widzę rekiny. Spokojnie jak duże cygara pływają wokoło naszego statku. Górna ich pletwa jak peryskop ponad wodą pruje gładką toń zatoki. Leniwym ruchem przewracają się na bok, otwierając olbrzymią paszczę, uzbrojoną w ostre zęby. Miłe te rybki, dochodzące do 10 metrów, jednem zamknięciem paszczy jak brzytwą przecinają człowieka na dwie połowy. To też tutaj niema pokazów pływackich i żaden murzyn, mieszkający nad tą zatoką, nie ośmieli się nigdy wejść do wody powyżej kolan. Zatoka w Lobito jest znana z obfitości rekinów, swędziła mnie ręka, by kilka ekspanzywnych kul puścić do tych obrzydliwych morskich drapieżników, ale niestety z okrętu pasażerskiego jakiekolwiek strzelanie jest surowo wzbronione.
Wyjeżdżając z zatoki, oblężeni jesteśmy przez ogromne stado delfinów. Niema nic zabawniejszego, jak obserwowanie takiego stada. Kilka tysięcy tych ryb posuwa się ławą, wyprawiając niesamowite, karkołomne skoki. Zderzają się w powietrzu, nikną w głębinie, by znów jak torpedy przerzucać się z jednej fali na drugą. Nurkują